Wszystkie »

  • Wpisów:35
  • Średnio co: 49 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 23:00
  • Licznik odwiedzin:5 375 / 1778 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Założenia żywieniowe:

1.Dwa razy w tygodniu soki, lub raz napój gazowany.
2.Raz w tygodniu potrawa z makaronem , lub ziemniakami.
3.Raz w tygodniu potrawa z białym ryżem.
4.Poza powyższymi wyjątkami do potraw dodajemy ciemny ryż, kuskus, warzywa.
5.Smażymy tylko na oliwie z pierwszego tłoczenia.
6.Tylko ciemne pieczywo.
7.Dwa razy w tygodniu słodycze.
8.Raz lub sporadycznie dwa razy w tygodniu alkohol.
9.Codziennie dozwolone bez ograniczeń: warzywa, owoce, mussli, jogurty.
10.Przynajmniej raz w miesiącu dieta oczyszczająca np. jabłkowa.
11.Jeden dzień w tygodniu całkowitej dyspensy od diety.
 

 
By przetrwać, wypijam trzecią kawę,
uczę się środków stylistycznych
lub piszę wiersze.
Oczy otwieram szeroko,
mimo, że już dawno są zamknięte.
Umysł pogrążam we wspomnieniach,
mimo, że coraz bardziej są zatarte.
Ciało trzymam nienagannie, odpowiednio,
mimo, że ciągle pragnie swobody.

By przetrwać wypijam czwartą kawę.
uczę się cieszyć obecną chwilą
lub słucham muzyki.
Usta częstuję pysznościami świata,
mimo, że znowu nie chcą jeść.
Pamięć zasypuję wiedzą pożyteczną,
mimo, że wiem, iż kiedyś uleci.
Włosy poprawiam ciągle i wytrwale,
mimo, że są ułożone gładko.

By przetrwać piję kawę...
Chociaż kiedyś...
Tak wiem, kiedyś wygra zmęczenie.

Magda
 

 
„Pierwszy rasowy kryminał od lat” – taki slogan reklamuje nowy film Michała Otłowskiego „Jeziorak”. Kiedy myślę o polskich „rasowych” tego typu produkcjach wspominam np. „Zbrodniarza, którzy ukradł zbrodnię” Majewskiego, czy „Tylko umarły odpowie” Chęcińskiego .
Ile pozostało z ducha tych kryminałów, nietrudno spostrzec. Już zresztą internauci wytykają „Jeziorakowi” naśladowanie produkcji skandynawskich, i słusznie przecież. Na ile jednak jest to zarzut? Film rzeczywiście swoją „surowością” i brutalnością przypomina np. serial o przygodach Wallndera, oddając jednak świetnie realia polskiej prowincji. Obejrzałem z zapartym tchem i serdecznie polecam.

Grzesiek
  • awatar Gość: Wybacz Grzegorz ale za słabo jestem wykształcony żeby znajdować przyjemność w czytaniu tego. Wierzę jednak że wasza twórczość sprawia wam obojgu satysfakcję. Przykro mi patrzeć jak daleko poszedłeś od swoich marzeń. No cóż... ludzie się nie zmieniają tylko uczą się i podejmują nowe decyzje. Powodzenia.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 



Upstrzona fragmentami smutku
patrzy za pociągiem, który
ni to przyjeżdża ni odjeżdża

Pogubiła kierunki:
północ-południe
wschód-zachód
lewoprawogóradół.

I malutkim oszczędnym gestem żegna wszystko,
rzuca się w na oślep
prawie pod ten pociąg.
Wylewa z siebie wiadro żalu.
Deformuje wspomnienia i przyobleka się w nie.

Kiedy wiatr zadmie jej w plecy
odczyta to jako znak.

1.X.2014
 

 
Gdynia, Stocznia, wrzesień
poległem na etyce Platona
mimo zaangażowania z obu stron
mea culpa, moi drodzy.

A niebo barwy od błękitu do mleka
Kolejka tylko do Chyloni
Dwa złote pięćdziesiąt w portfelu,
Żołądek skurczony z głodu,
Bloki i żurawie
Pan z teczką w prawej ręce i laską w lewej,
Autobus numer dwadzieścia cztery,
Rowerzysta…


Grzesiek
 

 
Rurki w wersji ołówkowej, take made by Krysia.

 

 
Postanowiliśmy także opisywać inspiracje ludzi posiadających własne, oryginalne pasje. Na pierwszy ogień Krysia (siostra Madzi) i jej graficzne popisy.
Pamiętajcie, kiedy już będzie sławna, że tu przeczytaliście o niej po raz pierwszy!
  • awatar Gość: wow zdolną masz siostrę :) oby talent się nie zmarnował! K.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Przybysz pojawił się wśród szelestu gałęzi rosnących nieopodal torów drzew.
Był to jeszcze chłopak, mniej więcej dwudziestoletni, włosy jego, za długie i niesforne, miotane podmuchami ciepłego wiatru zachodziły mu na oczy. Szedł, tak jak rosły drzewa, wzdłuż torów, które zdawały się nie mieć początku ani końca. Takie też sprawiał wrażenie on, jakby jego wędrówka była biegnącą w nieskończoność prostą , która nie wiadomo, gdzie i czy w ogóle się kończy, ani też gdzie i jak się zaczęła. To pierwsze, choć uchodzi w oczach ludzi zazwyczaj za ekstrawagancję, zdarza się, i to nawet dość często, gdy o tym pomyśleć. To drugie jest albo abstrakcją, albo stanem wynikającym z luk w naszej pamięci. Druga sytuacja wymaga wypełnienia, budzi kategoryczny brak zgody otoczenia i sprawia, że czujemy się nieswoi, zagubieni.
Tak się wówczas poczuł jeden z mieszkańców pobliskiej wioski – Waldemar Przytarski. Pan Waldemar, emerytowany pracownik dużej hali produkcyjnej w leżącym 32 kilometry od wsi mieście M., wdowiec, ojciec piątki dzieci i dziadek dwojga wnucząt, ściągnął z w większości łysej głowy szmaciany, przepocony kapelusik i pojeździł nim od czoła do potylicy raz, drugi i trzeci. Potem, po dłuższym interwale czwarty, co znaczyło, że myśli krążące wewnątrz jego czaszki zataczają już kręgi podobne wirowi. Nie znaczy to wcale, że w pan Waldemar wkroczył na jakąś niebywałą płaszczyznę myślową, o nie… podobnych stanów mentalnych doświadcza rozwiązujący umiarkowanie trudne zadanie matematyczne ośmiolatek. Pan Waldemar po prostu od myślenia odwykł. Jako szanujący się i szanowany emeryt nie nadwerężał zbytnio swej pamięci; Pamiętał imiona wnuków ( z dziećmi bywało różnie), drogę do sklepu spożywczego, godziny jego otwarcia i godzinę każdej mszy w mieszczącym się na obrzeżach wsi kościele.
Pamiętał nazwiska sąsiadów, nie mając zupełnie na uwadze ich imion, z kilkoma tylko wyjątkami, bo reszty pan Waldemar najzwyczajniej na świecie nie lubił. Nie lubił zresztą wielu innych rzeczy, nie lubił upału, zimnego jedzenia, głośnych bachorów i ludzi, którzy uważali jego wnuki za głośne bachory. Nie lubił kawy z mlekiem, cienkich papierosów i głośnej muzyki. Najbardziej zaś pan Waldemar nie lubił zmian.
Zaś jego najgłębszy niepokój budziły takie zmiany, jakie (o… wiedział o tym aż nadto dobrze!) niósł ze sobą ten chłopak, o włosach tak długich, że gdyby któryś z jego synów… i mało tego, że krok nonszalancki i wejrzenie bezczelne, bez cienia szacunku dla kogokolwiek, to jeszcze nie wiadomo skąd się przypałętał i dokąd lezie. Zaszczycił zresztą Pana Waldemara tylko przelotnym spojrzeniem, i ani się toto ukłoni, ani nawet uśmiechnie, tylko patrzy na starszego, jakby to było coś najgorszego na świecie.

Grzesiek
  • awatar Gość: hahaha dobre :) lubię takie zabawne :)
  • awatar Gość: Początek jak Iwaszkiewicz:) Zapachniało starą cegielnią!
  • awatar Magda i Grzesiek: Po dłuższej przerwie, w trakcie której jednak coś się działo :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Wspina się aż do sufitu,
krzew biały i błyszczący
na fioletowej ścianie.

Osadza się codziennie
z uporem,
gęsta warstwa kurzu
na czarnych meblach.

Rankiem słońce,
przedziera się przez kwiecistą firankę na łóżko.
Wieczorem stuka wiatr
w duże białe okno.

Czuć zapach książek,
zmieszany z zapachami wydobywającymi się z małej kuchni.
Słychać spadające krople wody
z niedokręconego kranu.

I tak już chyba zostanie - na dłużej...

Magda
03.2014
 

 
Piosenka świetnie opisująca nasze skromne życie. Z tym, że zamiast dzieł Putramenta czytamy sobie na dobranoc komiksy. Obecnie jest to "Sky doll", scenariusz: Alessandro Barbucci i Barbara Canepa, rysunki:Alessandro Barbucci. POLECAMY

http://wyszukiwarkamp3.eu/pobierz/aMETXhBpq03/lidia-stanislawska-przezyjemy-jakos-te-zime
 

 
Miasto w deszczu.
Łzy cisnące się do oczu.
Tęsknota...
"Metamorfozy" Apulejusza,
dokładnie ułożone
w dokładnie ułożonej torebce,
na kolanach.
Czekają,
by je otworzyć i czytać księgę II.
Aby rozmyślać o tym co było, jest i będzie.
O tym co przywołuje tęsknota.

Samochody pędzą w ulewie - oczyszczają się,
a łzy,chcą w końcu mieć swój upust - oczyszczenie.
Miłość...
Największa, jedyna, prawdziwa,
mojego życia.
Tak ważna, tak ściskająca moje serce,
że czasem wymykająca się spod kontroli.
Pędząca, jak te samochody - w deszczu.

I tylko właśnie ten uciązliwy deszcz,
za oknem pociągu,
przypomina -
o łzach.

O łzach bez powodu,
lub z powodu...
O łzach tęsknoty i o miłości.

Magda
marzec 2014
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Polecam
Trening, który naprawdę przynosi efekty.
 

 
1.

- Witaj Avali, wiedziałem, że jednak przyjdziesz.
- Hm, nie miałam wyjścia skoro On wzywał. Dobrze o tym wiesz, że nie miałam wyjścia! Mimo obietnicy. Byłam głupia myśląc, ze po ostatniej walce będziemy mogli żyć w spokoju.. jak prawdziwi ludzie.
- Już dobrze Avali. – mówiąc to próbowałem ją przytulić, jednak odsunęła się dość znacząco czyli tak by dać mi do zrozumienia jak bardzo już nie mam do tego prawa – Powiedział mi, że to nie potrwa długo. – spojrzałem na nią czule, żeby mimo wszystko dodać jej otuchy – Bez Ciebie nie damy rady Avali.
Westchnęła. Dobrze o tym wiedziała. Umówiliśmy się na skraju drogi za miastem, jutro o 6.00. Tak naprawdę nie wiedziałem ile to potrwa, ani jak tym razem się dla nas skończy. Musiałem jednak pokazać reszcie zespołu, że jestem spokojny i opanowany – zwłaszcza Avali – w końcu On tego ode mnie wymagał, byłem jego prawą ręką, a Avali, chyba ją ciągle kochałem. To krótkie spotkanie uświadomiło mi to dobitnie, a od jutra miałem widzieć ją codziennie.
To będzie ciężka walka.

Avali nie mogła zasnąć. Myślała. Zaraz po powrocie do domu, zalała się łzami, wywołując tym wielkie zdziwienie Wiktora. Nie mógł on w żaden sposób dowiedzieć się od niej powodu tego płaczu i smutku. Zrezygnowany i zmęczony pożegnał się z nią, a następnie wyszedł, Avali godzinę później napisała mu sms następującej treści: „Kochanie, znowu muszę wyjechać. Obiecaj, że będziesz na mnie czekał.” Nie odpisał. Mijała czwarta godzina od wysłania mu tej wiadomości. Avali jednak wiedziała dlaczego nie uzyskuje odpowiedzi, obiecała mu, że już nigdy go nie zostawi, że nie wróci z kolejnej „biznesowej” podróży poturbowana, pokaleczona i zdołowana. Bez większego słowa wyjaśnień. Bez okłamywania go. Na co dzień pracowała w korporacji jako asystentka pomocnicza jednego z głównych prezesów. Jednym z nich był właśnie Wiktor, tam się poznali. Był starszy od niej o 8 lat, jednak nie przeszkadzało to żadnej ze stron. Avali tak samo piękna jak i mądra, dorównywała inteligencją pod każdym względem przystojnemu prezesowi. Wszyscy zazdrościli im miłości. Jednak przez rok trwania ich związku nie padło słowo „kocham”, nie potrzebowali tego. Oboje po ciężkich rozstaniach, długo się za nimi ciągnących. Rozumieli się. Jednak Wiktor w końcu uwolnił się od Karoliny, która wyjechała do oddziału ich korporacji w Rosji. Avali nie uwolniła się od Zapa, a co najgorsze wiedziała, że się nigdy nie uwolni bo nie ma do tego prawa. Teraz znowu muszą stanąć razem do walki i są na siebie skazani.

Godzina 5.48 Avali wolnym krokiem zbliżała się do miejsca gdzie była umówiona z Zapem i resztą grupy. Nie zabrała ze sobą dużo rzeczy, kilka ubrań na zmianę, parę kosmetyków, książkę i odtwarzacz mp3 z muzyką wybraną dla niej kiedyś przez Wiktora. Zasnęła około 3.00, mimo tego nie czuła zmęczenia, nie myślała już też o tym, co teraz myśli o niej Wiktor. I czy w ogóle myśli…
Zap czekał na swój zespół już od 5.30. Pierwsza pojawiła się Ivy zawsze niecierpliwa i zjawiająca się w umówionym miejscu długo przed czasem. Nerwy, wywołane oczekiwaniem na pozostałych, drobnej, ale wysportowanej brunetki jaką była Ivy często bawiły Zapa, jednak nie tym razem. Ivy widząc jego powagę i skupienie starała się panować nad swoim nieposkromionym zachowaniem. Skupienie Zapa wytężyło się jeszcze bardziej gdy na tle wschodzącego słońca ujrzał Avali. Wydała mu się jeszcze piękniejsza niż zazwyczaj, jej długie blond włosy falowały unoszone przez obecny tutaj z nimi ciepły zefirek.
- Ivy muszę porozmawiać z Avali.
- Rozumiem, oczywiście, i tak nie jesteś zbyt towarzyski, więc idź, proszę bardzo. Idź. Ja pogadam z resztą.. jak przyjdą, wreszcie! Mogliby już się zjawić. Nie sądzisz?
- Ivy mają jeszcze 7 minut. Przyjdą. – Ruszyłem w kierunku Avali. Chciałem ją przeprosić, zachowałem się wczoraj zbyt impulsywnie. Mogła się przestraszyć.
- Nie musiałeś się fatygować Zap.
- Nie musiałem. Chciałem. Przepraszam.
- Za co? Zwariowałeś ?
- Za wczoraj. Mogłaś mnie źle zrozumieć. Po prostu wydałaś się bardzo zrozpaczona i bezbronna.
- Bezbronna? Ja? Nie byłoby mnie tutaj gdybym taka była, więc daj już spokój. Powiedz lepiej co czeka nas tym razem? Skąd ten alarm?
- Powiem gdy będziemy już w pełnym składzie. Dobrze?
- Dobrze. Ty tutaj rządzisz.

Na uboczu drogi, obok przystanku autobusowego, czekali już wszyscy. Na czele z Ivy będącą teraz w swoim żywiole. Męczącą każdego po kolei swoimi frustracjami i osobistymi przeżyciami.
- Witajcie. Dobrze was znowu widzieć. – powiedziałem to pełen dobrych intencji, lecz widząc uciekające spojrzenia wszystkich zebranych zdałem sobie sprawę, że im wcale nie jest tak dobrze. – Kiedy dotrzemy na miejsce powiem wam wszystko o naszej misji. Póki co jedziemy na lotnisko, a potem do Rosji.
- Dokładniej? – to mocno zaintonowane pytanie padło z ust naszego rezolutnego stratega, który nie lubi marnować nawet chwili, w której mógłby szczegółowo obmyślać kwestie przebiegu walki pod względem przestrzennym. Zawsze gdy zaczynamy walkę włączał mu się ten instynkt. Instynkt planowania.
- Do Czelabińska, Steward. Tam będzie trwała misja.
Stwierdziłem, że tyle na razie wystarczy wszystkim, zresztą On nie zezwolił mówić zbyt dużo do czasu gdy nie nadejdzie odpowiednia chwila, a kiedy miała nadejść wiedział właśnie tylko On. Mimo, że mówił mi dużo to nigdy nie mówił wszystkiego, czasem było to męczące, zwłaszcza gdy o istotnych rzeczach dowiadywaliśmy się w trakcie bitwy.

"Misja w Czelabińsku"
Magda
 

 
Jej oczy wpatrzone w kartki
z czarnymi znakami.
Czyta, przewraca,
mruga małymi oczkami
za staromodnymi okularami.

Istnieje dla siebie.
Naucza ponad nami,
czasami zmienia barwę głosu
i porusza niezdarnie rękami.

Myśli, wytęża słuch.
Nieodgadniona czuwa.
Lecz czy jest tutaj?
W białej sali z dużymi oknami?
Gdzie obecność innych jednostek
ciąży jej,
przygniata ją
do twardej ramy dumnego krzesła.

Profesor... - z grubymi plikami
z wiedzą zostawioną za drzwiami.


Magda
 

 
PRYZMAT

Magdzie

Przeobrócić się w tobie na oślep,
wyrumienić iskrami szczęścia,
zasnąć nagle wsłuchany w twój oddech,
gdy godzina snu dawno już przeszła.

Bladym świtem zbudzić się.
Twoimi snami
Podomyślać przebezkresną pustkę
i umieścić cię za powiekami
i przez prymat twój popatrzeć w lustro.

I z tym szkiełkiem co ma twoją formę
Patrzeć w ludzi, refleksy i liście
I urzekać twoją melancholią…
Przejmująco i nierzeczywiście.

Grzesiek
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
NIEWYGODNE MOMENTY



Stan uduchowienia przerywa chęć wysikania się

Szybko się o tym zapomina.

Znów stają się potrzebne Lemy, Arystotelesy i Mrożki
Człowiek pojmuje zasadność zdziwienia
A nawet przyznaje sens Wielkim Narracjom
Wzrusza się słuchając trąbki Davisa
Utożsamia z postaciami filmu o „poziomkach” Bergmana

Aż znienacka zjawia się dziewczyna o ładnych nogach
W nieprzyzwoicie krótkiej sukience
Pod którą chce się wsunąć rękę

Grzesiek
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Słyszałam ją dzisiaj, na skraju lasu…
Mimo, że głośna nie robiła hałasu.
Mimo, że wyraźna nie mogłam zrozumieć,
a ona wołała mnie.
Słuchałam jej cierpliwie mimo, że
wraz z nią wspomnienia „bolące” się stały…
Opętała mnie.

Słyszałam tony starych skrzypiec…
które radziły, że lepiej uciec.
I gdy już „jaśniej” rozbrzmiewały jej rady,
u wyjścia z lasu napotkałam przeszkody…

Melodio zabrzmij jeszcze raz …
I powtórz mi głośniej i wyraźniej … gdzie jest moje miejsce i mój czas …


Magda
  • awatar Gość: widzę że wena twórcza dopisuje:) pięknie;)
  • awatar Magda i Grzesiek: Czytam po raz kolejny i podoba mi się coraz bardziej. :) Grzesiek
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
  • awatar Magda i Grzesiek: Mnie również oglądało się bardzo przyjemnie, jednakże od połowy filmu wiedziałam jakie będzie zakończenie, co sprawiło, że fabuła zaczęła mnie męczyć. Gdyby właśnie nie kunszt aktorski i ta cała otoczka tego jakże starego filmu, to byłby on mało wartościowy. Warto obejrzeć ze względu na wyśmienitą grę aktorską i właśnie wybitnych aktorów grających mistrzowsko, w prostym jednak filmie. Ukazuje ona ( ta gra aktorska) to czego brakuje współczesnym filmom i serialom tego typu a już przede wszystkim to czego brakuje wielu współczesnym aktorom. Magda
  • awatar Magda i Grzesiek: Obejrzałem z przyjemnością. Niby fabuła przewidywalna, ale forma wynagradza braki w treści. Poza tym trzeba pamiętać, że w latach sześćdziesiątych nikomu się jeszcze o „Szóstym zmyśle” nie śniło i „przepisy” na zaskakiwanie widza były nieco inne. Mnie zachwyciła przede wszystkim gama charakterystycznych „gąb” i rola Cybulskiego, zwłaszcza scena przy praniu z Olbrychskim… Jest w filmach z tamtych czasów jakaś magia i ja np. jestem pełen podziwu dla odwagi za pozornie „drewniane” dialogi, którym jednak aktorskie wykonanie i szeroko pojęty warsztat twórców potrafią nadać polot. Grzesiek
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Schizma w Kościele Ihlabjana
Egoliard przemierzał długi, chłodny korytarz Świątyni w towarzystwie dwóch Wilczurów. Odgłos kroków niósł się echem, przytłumione światło pochodni budziło niepokój. Wzrok sięgał w nim tylko tak dalece, na ile to było konieczne ażeby w miarę sprawnie iść naprzód. Tworzące pomieszczenie, olbrzymie, równo ociosane głazy przytłaczały, sprawiały wrażenie, że zaraz zaczną zbliżać się ku sobie, miażdżąc znajdującego się pomiędzy nimi.
Egoliard, choć stąpał korytarzem nie po raz pierwszy, zawsze czuł się tu obco. Obecność łypiących ponuro niewidzącymi oczyma Wilczurów tylko utwierdzała go w tym poczuciu. Nieświadomie starał się jednak stąpać jak najwolniej, gdyż za ciężkimi, zdobionymi ornamentami sprawiającymi wrażenie tyleż misternych co topornych odrzwiami, czekał nań ktoś, kto budził nie tyle niepokój, ile duszącą trwogę, wynikającą z obawy o własne życie. Wielokrotnie przybywał do świątyni z niezwykle trudnymi dyplomatycznymi misjami i sam się dziwił, jak udawało mu się wynieść z nich głowę na karku. Dyplomacja wszak w rozumieniu Najwyższego Kapłana Kościoła Ihlabjana nabierała niepojętego czasem znaczenia.
Egoliard, w miarę zbliżania się do drzwi Serca Serc coraz wyraźniej widział zdobiące je makabryczne płaskorzeźby. Widział ludzi torturowanych, odbierających sobie życie, z twarzami, na których malowało się szaleństwo, ginących w trakcie ucieczki od dziesiątek przybyłych znikąd strzał, gwałcone kobiety, mężczyzn i dzieci, płody wywleczone z brzuchów matek. Całe to gigantyczne dzieło wykonane było z odrażającą dbałością o szczegóły, przerysowane do bólu, ociekające niezdrowym patosem. Obraz zaiste godny był Boga mściwego i okrutnego, upajającego się cierpieniem. Po raz kolejny Egoliard uśmiechnął się na tę samą myśl. Określenie centralnej komnaty Świątyni Sercem Serc budziło jego wesołość. Nawet, gdy miał na względzie, że czyny popełniane przez wyznawców Ihlabjana z Jego imieniem na ustach, czyny, które nawet karty kronik ledwie przyjmowały, miały charakter oczyszczający i popełniane były z wszechogarniającego miłosierdzia tego rządnego krwi Boga.
Przed drzwiami Serca Serc stał Wilczur-odźwierny gapiąc się nic nie widząc i rozumiejąc ile konieczne. Ciężki buzdygan kołysał się u jego boku. Bezbłędnie natrafił zdeformowaną dłonią na olbrzymią klamkę i popchnął drzwi zapierając się całym ciałem. Twarze z płaskorzeźb nabierały teraz innego wyrazu, w miarę zwiększania się kąta nachylenia odrzwi, przechodziły z grymasów rozpaczy poprzez błogość do szyderczego, szalonego śmiechu. Egoliard miał wrażenie, że prawie słyszy ten śmiech, jak zawsze w tej sytuacji miał ochotę zawrzeć powieki, ale to było karane śmiercią świętokradztwo. Płaskorzeźba została bowiem stworzona rękoma legendarnego artysty Hohizjasha, natchniętego ponoć przez samego Ihlabjana. Gdy następnie popadł on w Błogosławione Szaleństwo i kazał pozbawić się rąk, czego nie przeżył, został ogłoszony świętym. Twarze na płaskorzeźbie zyskały niezwykłą właściwość zmiany swego wyrazu wraz z otwieraniem skrzydeł drzwi równo rok po śmierci Hohizjasha, co dostojnicy kościelni uznali za sprawiony przez Ihlabjana cud.
Egoliard zniósł dzielnie budzące grozę widowisko, choć nie zdołał powstrzymać drżenia powiek. Zauważył też, że wraz z wiekiem, gdy przekraczał próg Serca Serc, coraz mniej panował nad łzawieniem oczu. Pomyślał, że kiedyś nie zdoła tego ukryć i nie potrafił przewidzieć konsekwencji.
Ybezjon, Najwyższy Kapłan Kościoła Ihlabjana schylony ze swego fotela przemawiał czule do skulonej na podłodze dziewczynki, mniej więcej trzynastoletniej. Włosy miała w nieładzie, widać też było, że długo nie mogła się umyć, koszula na jej plecach była brudna i poszarpana. Na szyi miała obrożę, z której trzy łańcuchy prowadziły do równomiernie oddalonych od siebie punktów w podłodze tak, by uniemożliwić jej poruszanie się. Drżała, gdy kapłan do niej mówił, gdy zaś powykrzywiane jego dłonie gładziły dziewczęce policzki, jej twarz wykrzywiał grymas odrazy. Ciałem wstrząsał też co jakiś czas spazm, wywołany już nie samym płaczem, ale tym, że bardzo długo płakała bez przerwy, a teraz, gdy nie miała już na to siły, pozostawał tylko ten towarzyszący płaczowi odruch. Co jakiś czas otwierała usta starając się nabrać powietrza, potem jednak, jakby nie znajdowała go wokół, jakby nie mogło trafić do jej płuc, krztusiła się kilkoma krótkimi, urywanymi wdechami, po czym więdła na podłodze nieruchoma i bezżywa.
Po chwili dopiero spojrzenie jasnoniebieskich oczu Ybezjona spoczęło na posłańcu. Twarz jego, wymięta i pomarszczona, twarz, z której biła rozpusta i lubieżność wykrzywiła się w strasznym uśmiechu.
- Chwała Niosącemu Światłość – rzekł kłaniając się uniżenie Egoliard.
- Po kres czasu, wszechogarniającą – odpowiedział na pozdrowienie dostojnik.
Głos jego, jakby w kontraście do powierzchowności, brzmiał dostojnie, pięknie i głęboko. Był to wszak głos, który porywał tłumy. Ybezjon, który ostatnimi czasy przemawiał coraz rzadziej, słynął ze swego oratorskiego daru. Przemawiał kwieciście, głosem natchnionym, indoktrynował w ten sposób nieprzejednanie i pozyskiwał nowe rzesze wiernych. Nawoływał do krwawych wypraw w imię Boga, przeklinał heretyków, a czynił to wszystko wywołując daleko idące skutki.
- Nie spytam z czym przybywasz – ozwał się znów tym dźwięcznym głosem.
Dźwięczny głos arcykapłana wibrował w uszach Egoliarda, dźwięcznością swoją docierał do mózgu, dźwięczał w rdzeniu kręgowym. Egoliard nienawidził tego głosu.
- Jak się miewa nasz drogi Ługasz? Mniemam, że zadowolony po powrocie wojsk zza północnej granicy?
- Oświecony Ługasz stał się obiektem gróźb ościennych państw Ehbaru. Do władających nimi dotarły słuchy o nieprzebranych okrucieństwach generała. Chcą pomsty. Twierdzą, że wymordowanie górników w kopalniach kruszcu pod hasłem krzewienia wiary to zbrodnia, która winna być potraktowana podwójnie surowo. Generał Akjon pozostawił po sobie zgliszcza, i trupy rodzin robotników. Niemal całą górniczą wioskę zrównał z ziemią, po czym kazał ścigać…
- Niewiernych, ślepych na miłosierdzie i głuchych na kojący głos Ihlabjana! - Ryknął na całe gardło arcykapłan. – Cóż słyszę? Czyżby nuta żalu pobrzmiewała w twym głosie? Czyżbyś przekazywał te „nowiny” uniesiony? Przybyłeś tu wygłaszać manifesty? Coraz słabiej maskujesz swoje emocje Egoliardzie, czy tego nie widzisz?
Egoliard widział.
- Ze względu na szacunek jakim cię darzę, puszczę twą nieostrożność w niepamięć – ciągnął Ybezjon. – Ale nie porywczość jest Twym największym problemem, ja widzę, że twoja wiara osłabła. Wiesz przecież, Bóg łaknie tego co gorące! Nie twierdzę, że Twoja wiara zamarzła, aleś ty stał się letni, pośle! A to co letnie Bóg wypluwa! Czyżbyś wątpił o słuszności tego, co każe Nasz Pan? Wszak tylko przez krew niewierni dostąpić mogą zbawienia! Dlatego nie może być litości, zapomniałeś o tym?
- Przenigdy – rzekł Egoliard głosem z którego biło takie przkonanie, że jego samego to zdziwiło. – Wybacz mi butę, arcykapłanie, wybacz, że nie przemówiłem do ciebie jak należy, podróż nadwyrężyła moje siły. Nie interpretuj tego więc jako zachwiania mej wiary.
Zapadła złowróżbna cisza. Szemrał jedynie ogień pochodni. Ciałem leżącej u stóp arcykapłana dziewczynki wstrząsnął dreszcz i to chyba Egoliarda uratowało.
- Mała… - zawiesił na chwilę swój przedźwięczny głos. – Mała, nieprzejednana heretyczka. Wieszczy, Egoliardzie, wieszczy bardzo przekonywująco, ale całkiem poza dogmatami wiary. Wieszczy, że oto przychodzi kres wojen i krwi. Że nadchodzi burza, w której zniknie zepsucie i ani słowa w tym wszystkim o naszym Panu. Coraz więcej tych wieszczących, działających cuda, proroków, kurwa ich mać, natchnionych i innych.
Dźwięczny głos.
- Trzy dni ją tu trzymam o samej wodzie. Od wczoraj już nie wieszczy. A jak „zawieszczy” jeszcze raz to ją znów oddam Wilczurom.
Stało się najgorsze, czego Egoliard mógł się spodziewać. Wezbrała w nim dławiona od dawna nienawiść do Ybezjona, wezbrała tak silnie, że poseł nie mógł ukryć gromów, które miotały jego oczy, nie starał się nawet opanować drżenia warg ni dłoni. Wiedział, że nawet, gdy nie dokonawszy niczego, co stanowiłoby o jego natychmiastowej zgubie wyjdzie z Serca Serc, dni jego zostały policzone. Ale tłumiona przez lata, żywiona do Ybezjona wzgarda i odraza rozsadzała Egoliarda od środka. Pozostało mu się jej poddać.
- Jaśnie Oświecony Ługasz wzywa Cię, Panie do stolicy na obrady nad reformą Kościoła. Żąda, byście z jenerałem ukorzyli się przed ludem Ehbaru, inaczej, zarówno cesarstwo jak Kościół czeka niechybny koniec.
Poseł mówił wzburzony, a natrafiając na ścianę milczenia bardziej wymownego niż słowa, zamilkł nagle zaciąwszy wargi. Dłuższą chwilę mężczyźni patrzyli na siebie wśród nieznośnej ciszy. Stało się to, co było kwestią czasu, jednakże kapłan zdawał się nie przyjmować słów Egoliarda do świadomości.
- Słowa twe pojmuję jako wyraz sprzeciwienia się Ihlabjanowi –rzekł w końcu. - W oczach Boga stajecie się tym samym się jako cesarstwo odstępcami od prawdziwej wiary, los zaś wasz podzielicie z Ehbarem. Lud zmiażdży cesarza, pójdzie za głosem Pana. Armia z Akjonem na czele stanie niebawem u wrót stolicy .
Głos Ybezjona był spokojny, stonowany, stał się też jakby MNIEJ dźwięczny.
- Kto stanie z wami? Mieszczaństwo? Szlachta? Dorobkiewicze i krwiopijcy czy prześcigające się we własnych knowaniach i wyścigach o honory pasożyty?
- Czy te słowa mam przekazać cesarzowi, Panie?
- Egoliardzie, nie rozumiesz jeszcze? Nikomu niczego nie przekażesz. Ługasz wysłał cię na pewną śmierć, wiedział, że nie opuścisz świątyni żywym. Zdradź swemu duszpasterzowi, czym żeś mu się tak okrutnie naraził?
Kapłan porwał leżący na stojącym na środku Sali stole mosiężny talerz i trzasnął w głowę oglądającą szklanoobojętnymi oczyma całą scenę dziewczynkę. Krew trysnęła obwicie na szaty Ybezjona, tron, posadzkę. Dziecko padło bez ducha.
- Przyjrzyj się dobrze truchłu, jakim niebawem się staniesz. Jeszcze jest ciepła, jeszcze pulsuje w niej życie. Jeszcze moje Wilczury miałyby używanie. Tak zdychają ludzie Egoliardzie, tak zdychają cesarstwa, mocarstwa, imperia.
Poseł patrzył otępiałym wzrokiem na kruche ciałko, krew burzyła się w nim jak dzika, krew dziewczynki pulsującym strumieniem wypływała z jej głowy, dało się czuć jej słodki zapach, domyślać się było można jej ciepła i lepkości. Dziewczyna leżała twarzą do ziemi, palce zakończone długimi, brudnymi pazurkami rozcapierzyła drapieżnie i nie drgnęła nawet w pośmiertnym skurczu, taka spokojna, zlała się jakby ze statycznym wnętrzem Serca Serc. Tylko krew płynęła w jakimś niepojętym szaleństwie. Egoliardowi zdała się piękna.


Gdy człowiekowi wraca świadomość zazwyczaj nie jest to przyjemne. Egoliard budził się wśród wszechwładnego dyskomfortu; brud, ból, odrętwienie, smród, niesmak, bezład, bezruch, oto czego doznawał po kolei we własnym ciele. Odczuwać powoli zaczął różne rodzaje bólu, mnogość mniej lub bardziej ohydnych smaków i woni, czuł się nasiąknięty wszelkimi plugawymi substancjami. Począł je rozróżniać, nazywać, pod powiekami wirowały obrazy, zacisnął je jeszcze mocniej, by skuliwszy się w pozycji embrionu wydać z siebie dźwięk. Nie był to krzyk ani jęk, raczej skrzek, charczenie, rzężenie, po którym wydobyło się z jego ust coś na kształt śmiechu, ale śmiechu karykaturalnego, bluźnierczego, strasznego. A jednak śmiech ten zwiastował wielką, niekłamaną radość. Egoliard cieszył się, że żył.
Nie wiedział gdzie się znajdował, był jedynie pewien, że jest poza świątynią. Jak się z niej wydostał… skronie nabrzmiały od skupienia. Leżał… gdzie? Słyszał niewiele, na tyle mało, by odgłosy, które wydawał sam nie ginęły wśród innych dźwięków. Ale też nie otaczała go cisza, otoczenie jednak delikatnie przemawiało, dyskretnie pulsowało życiem, a to pulsowanie stało się kontekstem, Egoliard weń wpisany znów poczuwszy pływ żywotności zaniósł się tym samym złym śmiechem.
Wspomnienia stłoczyły się u wrót świadomości Egoliarda i szturmem próbowały w nią wtargnąć, lecz gdy to nastąpiło były już bezkształtne i pozbawione treści. Jedynie jakąś formę zdołały zachować, niepokojącą i napastliwą. Ich straszne twarze zaczynały przypominać mordy Wilczurów, wewnątrz głowy Egoliarda rozległ się odgłos butów uderzających o świątynną posadzkę, dźwięczny głos Ybezjona, trzask pękającej czaszki dziewczynki. Pamięć wróciła zaraz silnym strumieniem pozbawiając posła przytomności.

- Dycha?
- Ledwo, długo już nie pożyje.
- Zostawić go przecie nie zostawimy.
- Ale co? Do wsi go zabierzem?
- A mamy jaki wybór?
Głosy niosące perspektywę przeżycia płynęły jakby ze snu. Egoliard uśmiechał się łagodnie pod wielodniowym zarostem. Chciał się poruszyć, dać jakiś znak życia, ciało jego jednak pozostawało nieposłuszne na wszelkie wskazania. Tylko ten delikatny, niewidoczny uśmiech igrał ledwo co na wargach.
- Jak myślisz, kto to może być?
- A cholera jego wie. Może spadł onej białej nocy, gdy płonęło niebo…
- Z nieba spadł?
- On raczej z podziemi wylazł, ależ śmierdzi…
- Nie marudź. Trzeba sklecić coś, coby go przenieść…

Nagle wróciło wszystko. Egoliard otworzył oczy, a nad nim płynęło rozgwieżdżone niebo. Słyszeć się dało posapywanie dwóch tubylców.
Wilczury wściekłe biegały po świątyni, Ybezjon wył żałośnie.

Cesarz Ługasz spał tej nocy paskudnie. Śniły mu się zęby. Ługasz słyszał, że jest to jak najgorsza wróżba. Mówił o tym z Ahokiem,, nadworny wróżbitą, gdyż zęby śniły się młodemu cesarzowi nie po raz pierwszy. Zdaniem Ahoka nie należało tego lekceważyć, bowiem śnienie zębów oznaczać miało nadchodząca chorobę.
Młodzieniec cieszył się ostatnimi chwilami samotności. Za oknami komnaty już dniało, więc zaraz sala tronowa zapełnić się miała doradcami, ministrami, nauczycielami, politykami, służącymi, dworzanami, petentami. Co znaczniejsi i bardziej niecierpliwi oraz bezczelni szukali posłuchania już w cesarskiej sypialni w czasie toalety, organizowania planu dnia, które niejednokrotnie przebiegały równolegle.
Ługasz, choć był człowiekiem ze wszech miar zajętym, pozostawał jak mało kto z jego otoczenia niezaangażowany w sprawy cesarstwa. Natłok jego zajęć wynikał raczej z nachalności rzeczonych, dbających głównie o własne interesy. Był więc nie tyle nawet rozchwytywany przez nich, co rozdzierany, wyrywany, czasem z wielkiej łaski (rzadziej z dobrej woli) przekazywany z rąk do rąk, od ust do ust, wikłał się wśród sugestii i podszeptów, lawirował pomiędzy lgnącymi doń pochlebstwami lizusów i srogimi napomnieniami ministrów, gdy tymczasem służący nakładali na jego twarz puder, a na włosy pomadę, pomagali wdziać szaty, nasuwali trzewiki, by w końcu obarczony insygniami władzy Ługasz mógł zalśnić swą obecności w Sali tronowej. Wtedy cichł szkaradny jazgot dobiegający go zewsząd wokół, milkła armia pomagierów wszelakich maści, dobiegający jeszcze przed chwilą szmer szeptów i pomruków oczekujących w sali tronowej dworzan zamierał. Obecność cesarza powodowała niezmąconą, lecz tylko chwilową ciszę. Zaraz też po wyrecytowaniu nakazanej przez dworską etykietę formuły padały z ust pierwszego ministra słowa, które powodowały wybuch emocji, wywoływały krzyki oburzenia czy poparcia, piski, szepty, niekiedy omdlenia. Ługasza brzydził cały ten cyrk, teatrzyk, w którym był (a widział to dokładnie) marionetką, małpką tańczącą do dźwięku instrumentu, na którym grali wszyscy wokół, uprzednio go nastroiwszy, tak, by nie wydał ni jednego dźwięku, w którym dopatrzeć by się można fałszu. Tylko jedna osoba nie nurzała się w oczach Ługasza w owym rynsztoku, który poza tym pochłaniał wszystkich, od premiera po służącego podtrzymującego poduszkę pod nogami władcy. Była to Anna.
Anna, jedna ze służących pracujących przy porannej toalecie Ługasza, płocha i delikatna istota, o skórze zdrowej i błyszczącej, zębach malutkich, barwy kości słoniowej. Anna wiecznie uciekała gdzieś oczyma, nigdy się nie uśmiechała, usta zaś jej, zawsze lekko rozchylone jakby ze zdziwienia sprawiały, że patrzący na nią zapętlał się wśród swoich myśli pragnąc czegoś dociec, zgadnąć…
Lecz Anna była nieodgadniona, milcząca i czasem tylko, gdy udało się uchwycić jej spojrzenie, dotykało się cząstki jakiejś tajemnicy zgoła nieprzyległej do wcześniejszych przypuszczeń, tak, że mężczyźni również szybko uciekali oczyma, by zaraz znów zapragnąć patrzeć.
Anna nie przystawała też do otoczenia (Ługasz widział to aż nazbyt wyraźnie.) Czuła się wśród świty i dworzan obca, czuło się jej inność, dlatego Ługasz prędko zapałał do niej miłością szczerą i oddaną. Pierwszy raz przyprowadził ją do łożnicy minister Wares, widząc jak cesarz zerka w jej stronę niespokojnie. W tych kwestiach Wares działał szybko. Coraz to inna służka czy dwórka trafiały do łoża księcia, wszystkie z zamiarem wykazania się, wcielały się w role, których wedle nich oczekiwał ich błękitnokrwisty kochanek. Starały się sprawiać wrażenie, jakby doświadczyły miliona mężczyzn, znały na wylot ich potrzeby, umiały je zaspokoić najwybredniej, były mistrzyniami technik miłości, niezaspokojonymi heterami, drżały całe pod każdym Ługaszowym dotknięciem, wraz z jego pieszczotą przeszywał je spazm. Darły się jak opętane, łkały z rozkoszy, deklarowały, że oddadzą ciało i duszę, prosiły o więcej, potem czasem, by był delikatny bo wyzioną duszę… A gdy przychodziło upojenie (Ługasza, swych kochanek książę wszak nigdy nie był pewny) wygłaszały szeptem pochwalne tyrady, by wśród nich zasnąć z nadzieją, że znajdą miejsce przy cesarskim boku na dłużej.
Z Anną było inaczej.
Akt miłosny z Anną ocierał się o mistycyzm, było w nim coś z modlitwy i bluźnierstwa zarazem; modlitwy, gdyż kochankowie czuli jakby dotykali czegoś świętego, nieznanego i upragnionego, zaś bluźnierstwa, gdyż Anna oddając się Ługaszowi robiła wrażenie jakby odjęto jej duszę i człowieczeństwo, jakby wyrzekała się wszelkiej duchowości, myśli, na rzecz tych doznań, które zdawały się ją odczłowieczać, czyniły z niej narzędzie. Anna zaś cała była duszą, a jej cielesność wydawała się cesarzowi jakby pomyłką, złośliwą naroślą, toczącą tę duszę od środka.
Bo też Anna niszczała, każdy dzień zdawał się zabierać jej cząstkę, i nie chodzi tu bynajmniej o oczywisty upływ czasu. Anna jakby spalała się, życie ją wycieńczało, wycieńczała ją zmysłowość i cielesność. W związku z tym spała niespokojnie, dręczyły ją koszmary, nieraz krzyczała lub płakała przez sen. Ługasz wtedy miast ją przytulić, zbudzić, uspokoić, uciekał w najdalszy kąt sypialni i czuł niezdrowe podniecenie tą jej bezsilnością, nieświadomością bliskości kogoś, kto może dać jej bezpieczeństwo. Kiedy dziewczyna jednak się uspokajała, ogarniała go słabość i zawroty głowy, czuł się wstrętny i niegodziwy, wtulał się też zaraz w ciepłe ciało swej kochanki i sycił jej krótkimi, badawczymi oddechami.


Ze szczytu góry HotacH biły płomienie. Wysokie na kilkanaście metrów, u nasady strzelające z ogromnych palenisk końcami zdawały się lizać niebo. Ybezjon wspinał się po stromych, skalnych schodach, do jego uszu z każdym krokiem wyraźniej docierała muzyka, odgłos bębnów, piszczałek, płacze, śpiewy, zawodzenie. Czuł też coraz mocniej odór siarki, podłego i szlachetnego wina i zwęglonych ciał. Świeża rana pod opaską, w miejscu gdzie niedawno bło oko mrowiła i piekła.
Sardannalpalen musiał bawić się świetnie. Ybezjon mijał klęczących kapłanów patroszących małe zwierzęta, by z wnętrzności wyczytać przyszłość. Ludzie tańczyli w jakimś modlitewnym amoku, zdzierali z siebie szaty, ślizgali w kałużach krwi. Ybezjon dostrzegł Sardannapalena. W objęciach dwóch muskularnych, wymalowanych jak kobiety niewolników, stał śmiejąc się do utraty tchu.
- …nie mogę iść z wami, piękne moje, sam wszak też jestem kobietą, a gdy kobieta z kobietą zalegnie w łożu jest to haniebne i grzeszne…- mówił jak wdzięczący się podlotek, głosem cienkim i lubieżnym.
Ibezyon zaklął pod nosem, choć powszechnie było wiadomo o jego umiłowaniu rozpusty, lubował się wszak w rozpuście zdrowej, kazał sobie przyprowadzać młode dziewczyny (rzadziej młodzieńców), wcielenie się zaś w rolę kobiety budziło jego wstręt
Sardannapelen mówił dalej:
- …ale nie zamierzam udawać przed wami niewinnej, a tej nocy właśnie pragnę być pohańbiona…- przerwał, widząc arcykapłana. Spojrzał ciekawie, słyszał wszak ponurą historię o tym, co wydarzyło się w świątyni. Przeczuwał, czy raczej wyczuwał jego wściekłość i niesmak. Jego względem siebie pogardę.
Zatrzepotał tedy prowokująco rzęsami.
-Co widzę wujaszku, więc plotki okazały się prawdą. Niecny zamach na twe święte życie miał miejsce zaiste. Ale na pocieszenie rzeknę ci, że i jednym okiem możesz podziwiać trzy zdrowe suki pierdolące się wzajem zapamiętale…
Urwał, gdy ciężka, żylasta dłoń Ybezjona wyrżnęła go w pysk. Oczy arcykapłana miotały gromy, Sardannapelen załkał niby dziewczyna i wbił w agresora pełne żalu spojrzenie.
-Dlaczego…?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
„SCENARIUSZ ROZMOWY TELFONICZNEJ”


-Sklep internetowy „Calipso”, przy telefonie Filip, w czym mogę pomóc?
- Dzień dobry, moje nazwisko Alicja Maciejczyk. Składałam u państwa zamówienie na pudełko na biżuterię, które miało być dostarczone do Montrealu, do mojej mamy, dzisiaj DO 15: 00. Pudełko nie dotarło. Bardzo mi na tym zależało, bo miał to być prezent na urodziny.
- Poproszę numer zamówienia.
- Proszę pana, jestem w tej chwili w podróży, nie mam przy sobie dokumentacji, domyślam się, że może pan to ustalić po nazwisku…
- Spróbuję, ale niczego nie obiecuję. Proszę o chwilę cierpliwości.
(Alicja się niecierpliwi, w słuchawce słychać trzaski, kobieta chrząka znacząco, raz, drugi…)
- Pani Alicjo, udało mi się odnaleźć zamówienie, ale mamy jeszcze cztery godziny na jego realizację.
- Przecież jest 17: 00!
- A jakiego czasu?
(Alicja zawiesza głos, robi jej się głupio.)
- Pani wspominała, że jest w podróży…
(Uśmiech Filipa jest „słyszalny przez telefon”, Alicja też się uśmiecha.)
-Ciągłej. Przepraszam pana, przez te rozjazdy straciłam rachubę czasu i miejsca. Proszę mi wybaczyć, że tak na pana naskoczyłam. Ledwo pamiętam jak się nazywam, a co dopiero która jest gdzieś tam godzina…
- "Nowy York, czwarta rano"…
- Słucham?
- Przepraszam, to taki stary film.
- Wiem, stary film z młodym Józefowiczem…
- Ach, wie pani…?
(Zapada milczenie, skądinąd bardzo przyjemne.)
- Tak, wie pan, ja jednak mam już swoje lata.
- Pani Alicjo, w umowie podała pani PESEL…
(Alicja wzdycha uśmiechając się. Następnie uśmiecha się wzdychając.)
- Więc już wszystko pan o mnie wie…?
(Tym razem uśmiecha się Filip. Nagle reflektuje się.)
-Pani Alicjo, bardzo miło się rozmawia, ale niestety te rozmowy są nagrywane i…
- Ktoś pana opieprzy za flirtowanie ze starą babą, tak?
(Alicja śmieje się, Filip czuje się skrępowany.)
- Często pan podjeżdża do kobiet z podrywem na stare filmy?
- Szczerze, zdarza mi się.
- I to działa?
- Umiarkowanie.
(Śmieją się obydwoje, współpracownicy Filipa patrzą zdziwieni).
- To mnie dziwi, szczerze mówiąc… choć nie aż tak…
(Milczą i słuchają swoich oddechów.)
- Ma pan miły głos, panie… przepraszam, nie zapamiętałam…
- Wcale nie jestem zaskoczony. Raczej nie warto zapamiętywać imienia człowieka – słuchawki.
- Do dziś też tak myślałam. Panie… Filipie… A jednak sobie przypomniałam.
(Cisza i milion myśli po każdej ze stron)
- O! Mama napisała na drugi telefon sms, że otrzymała przesyłkę. Jest zachwycona prezentem.
- Jednak się udało.
- Dziękuję panu.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Cieszę się, że mogłem pomóc.
- Ale pan pewnie mówi o pana pracy…
- A pani o czym?
- Ja o czym innym.
(Milczenie, przyjemne i nastrojowe.)
- Nie męczę pana, Filipie.
- Nie męczy pani. Przeciwnie, jest mi bardzo miło.
- Przecież ma pan mój numer telefonu, zna nazwisko…
- Owszem.
- Ale Nigdy pan nie zadzwoni, prawda?
- Prawda… A właściwie dlaczego?
- Bo w moim wyobrażeniu jest pan teraz ideałem mężczyzny, a ja pewnie ocieram się dla pana o ideał kobiety, prawda?
- Prawda.
- Ale żadne z nas nie jest idealne. Po co psuć?
- Ma pani rację, po co?
- Więc do usłyszenia nigdy, panie Filipie.
- Do usłyszenia nigdy, pani Alicjo.
(Alicja rozłącza się. Przez chwilę słucha sygnału przerwanego połączenia i zamyka oczy.)

Grzesiek
 

 
Fragment powstającej powieści.

Chłopiec.

Tak. Też często odnoszę wrażenie, że bardzo personifikuję ból. Czasami wręcz wydaje mi się, że on się tam czai w ciemności, gdy leję w siebie „łychę”, śmieje się, widząc, że nie wycisnę kolejnej pompki, patrzy zniesmaczony, kiedy walę konia. A czasem śpi… Ten ból sypia po trzy, cztery, rzadko pięć godzin, często zasypia dopiero nad ranem. Wówczas zapadam w sen tak mocny i nieprzejednany, że przez chwilę czuję się jak nowo narodzony. Ale on też wtedy wstaje. Nim ogarnę wzrokiem mieszkanie, nie znajdując w nim Adeli, która wyszła kiedy spałem, jest znowu. Z początku zasiada wygodnie u krawędzi łóżka, buja się w przód i w tył, jakby miał chorobę sierocą. Potem oplata mnie chudymi ramionami, i to jest znak, że trzeba wstawać, bo jeśli zostanę w łóżku, stanie się nie do zniesienia.
Chudy, wysoki chłopiec o nastroszonej czuprynie… Tak go widzę.

Grzesiek
  • awatar Magda i Grzesiek: Metafizyka, tajemnica, dreszczyk emocji... takie są moje skojarzenia po przeczytaniu tego i innych fragmentów tej powieści. Magda
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Księżyc
Noc tak cicha.
I pełna emocji.
Które ty dajesz…

Odbijasz się w świetle…
Brata mojego – księżyca…
A może nim jesteś?

Siedzę tu sama,
na zimnym betonie –
piątym stopniu schodów…

i myślę…
zastanawiam się…
czy ty istniejesz?

Nie wierzę w to co się dzieje!
Już nawet księżyc się ze mnie… śmieje!

Noc taka piękna.
I pełna skrajności.
Od zachwytu… do wielkiej niepewności.

Niby daleko…
a jesteś w jego świetle…
A może to światło… to właśnie ty?

Siedzisz tam sam,
w ciepłym kącie,
kilometrów stąd tysiące.

I myślisz…
Zastanawiasz się…
Czy to nie sen?

Nie wierzysz, ze to wszystko jest rzeczywistością!
A już nawet księżyc wierzy… i chce nas obdarzyć bliskością!
Byśmy poznali światy swoje,
oddali się sobie… odrzucając dręczące nas smutki i niepokoje.


Magda
  • awatar Magda i Grzesiek: Oj, dobrze mi się ten wiersz kojarzy, naprawdę dobrze. Brawo!!! :) Grzesiek
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Moje Wilczyska

Piątek wieczorem, znów witam was na nowo – moje małe Wilczyska. To stało się już nudną rutyną trwającą od trzech lat. A jednak nie jest ta rutyna, aż tak nudna. Bo chociaż jest mrok w mocno różowym blasku nieba, które jak mówią tutaj ludzie, zwiastuje silne wiatry, ja widzę was całe. Widzę nawet gdy nie patrzę. Wysiadam na peronie, który ogranicza się tylko do tego jednego i spoglądam w górę. Hmm… Bo jak inaczej mogę spoglądać na okolicę, której 80% powierzchni to małe góry i pagórki? Idę wolnym krokiem, po szarej już zieleni trawy, mijam okoliczny sklep. Bardzo często odwiedzany, zwłaszcza przez dużą liczbę zamieszkałych tu kawalerów jako głównego „ośrodka towarzyskiego i kulturalnego”, a również dlatego iż wybór sklepu jest tu lichy i sprowadza się do zaszczytnej ilości – dwa. Dwa punkty życia towarzyskiego tejże pięknej wsi.
W końcu droga - pokryta betonem pamiętającym lata 90, i gdzieniegdzie z tego powodu mocno dziurawa - prowadzi mnie przed oblicze ślicznego kościółka pochodzącego z XVI wieku. To największa „chluba” Wilczysk, spoglądam więc na nią z powagą i refleksją. Myślę przystając na chwilę, jak wiele wysiłku włożyli ludzie, którzy po pierwsze: wybudowali coś tak pięknego, a po drugie: przez lata chronili to miejsce od zniszczeń podczas wojen, kataklizmów i złośliwości ludzkiej.
Ciemno, różowy poblask niknie, a otaczające mnie zewsząd lasy wcale nie rozświetlają drogi. Przypominają jednak, skąd nazwa mojej wsi. W tych lasach z pewnością dawniej gęstszych i mroczniejszych, żyło mnóstwo wilków. Ludzie bali się ich początkowo, tworzyli zagrody i starali się je wypędzić, lecz po jakimś czasie coraz bardziej oswajali się z nimi. Nauczyli się żyć wśród wilków, jakoby byli równymi mieszkańcami tego miejsca i mieli do niego równe prawo. Zresztą mieli je na pewno większe niż ludzie, te srebrzyste stworzenia o głębokich, ciemnych oczach, zasłużyły na szacunek względem siebie. W głównej mierze dzięki Czyskiej. Legenda mówi, że wilczyca, którą dopiero później nazwano Czyska,(gdyż prawdopodobnie przybyła z Czech – tak wiem, powinna nazywać się Czeska, jednak miejscowa ludność tejże wsi od zawsze miała dziwny nawyk używania samogłoski „y”, w zastępstwie innych samogłosek). Owa Czyska uratowała w czasie najazdu tatarskiego czwórkę osieroconych dzieci, które potem prawdopodobnie miały duży wpływ na założenie wsi i określenie jej nazwy. Dzisiaj wilków nie ma już w ogóle, więc idę ze spokojem. Gdy minę szereg wierzb płaczących - które przypominają teraz w tym mroku postawne kobiety o długich włosach, szepczące sobie nawzajem jakąś tajemnice -i które spoglądają na okoliczne miejscowości, oświetlone w nie licznych miejscach latarniami , tyłem odwracając się od czarnych, złowrogich lasów… to będę już praktycznie w bezpiecznych czterech ścianach domu…

Niedziela popołudniu, słońce rozpromienia rozległe horyzonty dając mi wspaniały widok na krajobraz ubrany teraz w jesienny strój. Dzwon w kościele obwieszcza ludziom zapowiedź ostatniej mszy, odbija się echem, dosięgając także najwyższego wzniesienia tutaj znajdującego się - góry Chełm. Nawet kawalerowie obecni zawsze pod „ośrodkiem kultury i życia towarzyskiego” jeszcze zasiadają w domach do rodzinnego, pachnącego niecodziennością, obiadu lub wytrwale obstają pod murem „chluby i dumy” Wilczysk, próbując skupić się na modlitwie, zrozumieć kazanie jakże błyskotliwego i mądrego proboszcza. Jednak jest to dla nich wielki „trud”, wokoło piękne „dziołchy” w krótkich sukienkach, nowe samochody sąsiadów, których nienawidzą (właśnie – ale nie tylko - ze względu na te samochody), i przede wszystkim … zapach chmielu – płynący kusząco ze znajdującego się około 500 metrów dalej sklepu - „ostoi” –wstrętnie nie pozwalającej się im skupić na jakże ciekawym monologu księdza.
Płaczące wierzby, teraz będące tylko wierzbami, lekko rozkołysane, zwróciły się w kierunku barwnych lasów, które w tej chwili posiadają więcej liści na ziemi niż na swych koronach. Mimo to nadal robią oszołamiający widok – wszechogarniający, przytłaczający marną naturę człowieka, może ze względu na to, że jest ich tak dużo - i jakby świadome tego kłaniają się na wszystkie strony.
A ja czekam, jeszcze 5 minut i kolejny raz pożegnam te obrazy piękne i piękniejsze na kilka dni. Nie żegnam ich jednak ze smutkiem, tylko wdzięcznością za wewnętrzną siłę jaką mnie napełniły, tylko one pokazują mi jak trwać. Dają też nadzieję, że nigdy nie znikną zawsze będą ze mną. Ani też, że nie stracą tego piękna, spokoju, naturalności, i pozostaną nudną, jednakże cudowną rutyną. Do której chce się wracać…
Pociąg nadjechał. Wsiadam i jeszcze tylko raz oglądam się za siebie, mówiąc cicho „do zobaczenia”. Po czym zapominam, zakładam słuchawki, nastawiając głośno muzykę… Moje Wilczyska na kilka dni stają się mglistym cieniem.

Magda
  • awatar Magda i Grzesiek: PS 2. Uwaga na przyszłość: ten blog nie służy tego typu opiniom i komentarzom.
  • awatar Magda i Grzesiek: PS. Owszem nie znajdę "chwili czasu" dla nich, bo nie ma czegoś takiego.
  • awatar Magda i Grzesiek: Nie wróciłam bo poza miejscem nie mam tam do czego wracać... O rodzinie pamiętam tak, jak oni pamiętają o mnie. I na pewno nie będę wspierać czy popierać tego co tam się dzieje.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Zamieszczamy próbę naszego tłumaczenia fragmentu tekstu H.P. Lovecraft'a. Zachęcamy do poprawek, sugestii i komentarzy.

"Crossing the threshold into that swarming temple of unknown darkness, I turned once to look at the outside world as the churchyard phosphorescence cast a sickly glow on the hill-top pavement. And as I did so I shuddered. For though the wind had not left much snow, a few patches did remain on the path near the door; and in that fleeting backward look it seemed to my troubled eyes that they bore no mark of passing feet, not even mine."

TŁUMACZENIE:
"Przekraczając próg do tej zatłoczonej świątyni nieznanej ciemności, skręciłem raz, żeby zobaczyć świat na zewnątrz, albowiem przykościelny cmentarz fosforyzował rzucając chorobliwy poblask na chodnik u szczytu wzgórza. I kiedy to zrobiłem, wzdrygnąłem się. Chociaż wiatr nie pozostawił wiele śniegu, lecz zaledwie kilka płatków pozostało na ścieżce w pobliżu drzwi. I w tym przelotnym spojrzeniu za siebie, zdało się moim zatroskanym oczom, że nie wpatrują się one w ślad mijających się stóp, nawet moich własnych."
  • awatar Gość: Some terrific pictures. Impressive colors. my website - http://journal-cinema.org/
  • awatar Magda i Grzesiek: Ha! Mówiłam, że lepiej będzie pasowało "obróciłem się" ;). co do końcówki ostatniego zdania mieliśmy niezłą zagwozdkę.. zresztą nadal mamy ;) Pozdrawiamy. Magda
  • awatar Gość: Świetne tłumaczenie! Ośmieliłbym się jednak parę poprawek zasugerować: - "obróciłem się" zamiast skręciłem - zamiast "lecz" dać "jednak" - zamiast "płatków" "hałdy" - ostatnie zdanie: "że nie pozostały na nich (hałdach) żadne ślady stóp, nawet moje własne." Ufff.. tłumaczenie na śniadanie! Grzesiek, za mało ciastek zjadłeś... a przy okazji ucałuj Madzię ode mnie! :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›